Łysica


  • 📐 Wysokość: 612 m.n.p.m.

  • 📅 Data zdobycia: 2017-05-06

  • Pasmo górskie: Góry Świętokrzyskie

Łysica jest najwyższym szczytem Gór Świętokrzyskich. Do niedawna za jej punkt szczytowy uznawano zachodni wierzchołek o wysokości 612 m.n.p.m. Ostatnie pomiary z 2018 roku wykazały, że najwyższy jej punkt leży jednak 700 metrów na wschód, przy Skale Agaty i wznosi się na wysokość 614 m.n.p.m. My szczyt zdobywaliśmy rok przed tymi doniesieniami, tak więc wycieczkę zakończyliśmy przy krzyżu i tabliczce “Łysica 612 m.n.p.m.”.

Czas przejścia: 2 godzin

Trasa: mapa-turystyczna.pl

Dojazd: samochodem do Świętej Katarzyny

Miejsce przybicia pieczątki: Punkt zakupu biletów do Świętokrzyskiego Parku Narodowego

Trudności: trasa łatwa, rodzinna

Atrakcje w okolicy: Świętokrzyski Park Narodowy, Bazylika na Świętym Krzyżu, Ruiny zamku w Chęcinach, Pałac Biskupów Krakowskich w Kielcach

Zalipie

Góry Świętokrzyskie były ostatnim naszym przystankiem podczas samochodowej Majówki 2017. Był to czas intensywnego zdobywania kolejnych szczytów z Korony Gór Polski, leżących najbardziej na wschód od granic Dolnego Śląska. Kolejno weszliśmy na Tarnicę, Radziejową, Wysoką oraz Lackową. Ostatnim szczytem w kolejności była Łysica. Z Krynicy Zdrój wyjechaliśmy około 12, po uprzednim zwiedzeniu wpisanego na listę UNESCO kościoła w Przewroźniku. Nasza dalsza droga zawiodła nas na granicę województwa małopolskiego do malowanej wsi – Zalipia.

Początki dekorowania chałup w Zalipiu sięgają końca XIX. W tutejszym Muzeum Etnograficznym (zagroda Felicji Curyłowej) możemy również podziwiać ludowe ozdoby wykonane z bibuły (głównie kwiaty), wycinanki i “pająki” ze słomy. Obecni mieszkańcy wsi kontynuują barwną tradycję swoich przodków. Maluje się tu zarówno chałupy, jak i stodoły, kapliczki czy studnie, a nawet budy dla psów. Zdobienia nie ominęły również wiejskiego kościoła, chociaż trzeba przyznać, że są one dość ascetyczne w porównaniu z niektórymi malunkami na domach.

Chęciny

W dalszej części podróży czekała kolejna atrakcja. Przeprawa promowa na Wiśle Nowy Korczyn-Borusowa. Fajnie i nieco strasznie wyglądało to z brzegu. Na promie dwa samochody. Prom był “zawieszony” na linie rozciągniętej między dwoma brzegami królowej polskich rzek. Sam przeprawa nie trwała długo około 5 min. Po minięciu Wisły udaliśmy się w stronę Chęcin. Tutejsze ruiny zmieniły się znacznie przez ostatnich 30 lat odkąd Łukasz po raz ostatni je widział. Obecnie teren jest świetnie zagospodarowany. Zamek stał się obiektem muzealnym ale i kulturotwórczym. Wykuwane są tutaj chociażby kolczugi czy hełmy. Stanowią one dodatkową atrakcję, gdyż w cenie biletu można przymierzyć i jedno i drugie, a wraz z mieczem lub toporem w ręku poczuć się jak średniowieczny rycerz. Piękny jest również widok z zamkowych wież. Ot niczym nie przysłonięta panorama ziemi chęcińskiej. Równie czarujący jest widok na zamek spod kościoła św. Bartłomieja oraz z Rynku miasteczka.

Kielce

Po zjedzeniu naleśników i wypiciu świeżo wyciskanego soku udaliśmy się w dalszą drogę do Kielc, gdzie czekał na nas nocleg w hotelu Dworek Binkowski. Pałacyk skryty jest wśród drzew parku. Miejsce bardzo ładne, z własną restauracją, chociaż o tej porze już zamkniętą. Musieliśmy się więc zadowolić strawą w jednej z kieleckich restauracji w okolicy Rynku. W Craft Beer PUP zjedliśmy smacznie i napiliśmy się piwa rzemieślniczego. Odkryciem wieczoru był jednak pub Komitet. Miejsce nawiązujące do czasów PRL, np. ściany wyklejono gazetami: Trybuną Ludu i innymi chwytliwymi tytułami. Piwo… na szczęście współczesne i kraftowe, w tym nieśmiertelne już “Pejle Ejle” (a ja Pale Ale z Ale Browaru, w powyższy sposób przedstawione nam przez barmankę). Zwieńczeniem wieczoru było karaoke ze świetnym “Welcome To The Jungle” w wykonaniu jednego z gości baru.

Następnego dnia z rana udaliśmy się do kieleckiej Katedry. Do kościoła warto wstąpić, wystrój jest dość jednolity, a szczególną uwagę zwracają monumentalne filary naw. Niedaleko znajduje się mały sklepik z dewocjonaliami, w którym zakupiłem kartkę dla mojej chrześnicy Wiktorii z okazji jej I Komunii Świętej. W bliskiej odległości leży też najpiękniejszy zabytek Kielc – Pałac Biskupów Krakowskich. Barokowy pałac jest jednym z najlepiej zachowanych tego typu zabytków z końca XVII wieku. Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza drewniane stropy poszczególnych sal, a zwłaszcza przepiękny strop z polichromią w Izbie Stołowej Górnej. Opuściwszy Pałac udaliśmy się w drogę do Świętej Katarzyny, gdzie zaczyna się najkrótszy szlak dojścia na Łysicę.

Łysica

Wędrówka na Łysicę należała do najkrótszych jakie odbyliśmy w ramach zdobywania Korony Gór Polski. Samochód zaparkowaliśmy przy kościele w Świętej Katarzynie. Następnie po przekroczeniu granicy Świętokrzyskiego Parku Narodowego, uiszczeniu opłaty i wbiciu pieczątki w książeczce Zdobywcy KGP rozpoczęliśmy krótką wspinaczkę na szczyt. Szlak czerwony wiedzie dość kamienistą ścieżką, która w wielu miejscach ubezpieczona jest drewnianymi barierkami lub pomostami. Przy początku mijamy drewnianą kapliczkę wraz ze źródełkiem. Następnie delikatnymi łukami wspinamy się około 1,5 kilometra pokonując 250 metrów przewyższenia. Przed szczytem mijamy niewielkie poletko słynnych gołoborzy. Szczyt osiągamy po niespełna godzinie wędrówki (łącznie ze wszystkimi postojami na zdjęcia i napawania się przyrodą).

Na szczycie znajduje się krzyż oraz słupek z podaną nazwą góry i jej wysokością. Widok jest dość ograniczony, jedynie w stronę północno-zachodnią dojrzymy panoramę pól i łąk leżących u stóp Łysicy. Aby złapać chociaż kawałek wspomnianej panoramy zszedłem nieco niżej wzdłuż gołoborzy. Tutaj między kamieniami dostrzegłem zaskrońca, który rozglądał się nico zdenerwowany. Nad borówkami latały zaś wielkie trzmiele. Rozkoszując się okoliczną przyrodą chwilę sobie tutaj posiedzieliśmy. Przypomniałem sobie także jak bardzo kiedyś zaimponowały mi porosty, które zaprezentował nam na lekcji biologii jeden z kolegów z klasy, przywiezione z okolic Gór Świętokrzyskich. Marzyłem wtedy aby znaleźć się tutaj i na żywo poobserwować ten cud natury. Niestety przy głównym szlaku porostów zbyt wielu nie uświadczyliśmy. W drodze powrotnej spotkaliśmy jednak leśnego żuka, który niczym nie zrażony plątał się pod nogami niedzielnych turystów.

Do samochody wróciliśmy po niespełna 2 godzinach, myśląc, że kiedyś będziemy musieli poświęcić nieco więcej czasy tym najstarszym górom Polski.