Korab


Korab - najwyższy szczyt Albanii i Macedonii
OK
  • Najwyższa góra Albanii i Macedonii

  • 📐 Wysokość: 2764 m.n.p.m.

  • 📅 Data zdobycia: 2018-08-18

  • Pasmo górskie: Masyw Korab w Górach Dynarskich

Korab to wyjątkowa góra w zestawieniu najwyższych szczytów państw europejskich. Choć granice wielu krajów przebiegają wzdłuż pasm górskich i ich kulminacji, to jedynie w przypadku Korabu szczyt jest najwyższym wzniesieniem dwóch na raz: Albanii i Macedonii. W podjęciu decyzji o jego zdobyciu podczas bałkańskich moto wakacji 2018 pomogła nam nieco sierpniowa aura, niosąc burze w rejonie Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny, a kusząc słońcem w macedońskich Górach Dynarskich.  Wiedzeni tym tropem z nadmorskiego Ulcinja, przez piękne krajobrazy północnej Albanii i zachodniej Macedonii, dotarliśmy do górskiego kompleksu Korab w miejscowości Trnica, leżącej w granicach Parku Narodowego Mamrovo.

Kačamak po raz pierwszy

Korab Trinica jest ciekawym miejscem. Chociaż położonym na pustkowiu jest tu wszystko co trzeba – hotel, sklep i restauracja. W ofercie znajdziemy również nabiał i wędliny ze swojskiej mleczarni (40 metrów od głównego obiektu). Dla turystów przygotowano mapki szlaków pieszych z łatwymi rodzinnymi trasami. O dziwo na żadnej z zaprezentowanych map nie znajdziemy szlaku na Korab.

W hotelowej restauracji zjedliśmy smaczną kolację. Spróbowaliśmy przy tym regionalnego dania – kačamaku, który jest rodzajem kaszy kukurydzianej z dodatkiem sera. Potrawa tania i sycąca, a czy smaczna? Trudno powiedzieć. Z domowym jogurtem była do zjedzenia. Sama… zbyt sucha i smakowała trochę jak bułka tarta ze zbyt małą ilością masła. Po kolacji szybko poszliśmy spać wiedząc, że następnego dnia czeka nas jeszcze godzina drogi motocyklem do miejsca startu.

Poranek (6:30) przywitał nas mgłą unoszącą się w dolinie pobliskiej rzeki. Przy motocyklu usadowiły się bezpańskie psy, które na nasz widok czym prędzej uciekły na z góry upatrzone pozycje. W przedsionku hotelu czekało na nas zamówione śniadanie, spakowane w plastikowy lunch box (ser, szynka, pokrojone pomidory i ogórki, pszenny chleb, banan i jabłko). Wiedząc, że po trasie miniemy graniczny punkt kontrolny schowałem paszporty do kieszeni kurtki i upewniwszy się, że wszystko zabraliśmy ruszyliśmy w stronę przysiółka Nicpur.

Asfaltowi mówimy “Pa, pa!”

Szlak na Korab zaczyna się przy strażnicy “Strezimir”. Około 40 minut zajmuje pokonanie 20 km odcinka drogi, gdzie już na jej początku kończy się asfalt. Najciekawsze dla nas były kałuże, zajmujące całą przestrzeń drogi, które pokonywaliśmy z uniesionymi nogami. W połowie trasy znajduje się graniczny punkt kontrolny. Należy się tutaj zatrzymać i zgłosić chęć wejścia na Korab. Myśl, że zostaliśmy spisani dodawała pewnej otuchy, gdyż dalszą część szlaku spodziewaliśmy się pokonywać sami. Ok. 2 km dalej docieramy do rozdroża i pierwszego znaku wskazującego Korab. Biało-czerwone oznaczenie będzie nam już towarzyszyć do końca wędrówki. Tutaj też droga ostro pnie się w górę. Po 15 min. dojeżdżamy do polany ze stojącym na niej budynkiem strażnicy.

 

W niedalekiej odległości od budynku młoda para właśnie opuszczała swój namiot. Ze strażnicy wyszedł jegomość, zapalił papierosa i ukłoniwszy się nam udał się w stronę jednego z kilku zaparkowanych tu samochodów. Na polanie znajduje się również wiata ze stołami, przy której zjedliśmy “hotelowe” śniadanie. W czasie naszego półgodzinnego postoju parka z namiotem zdążyła się ogarnąć i ruszyć w drogę, wskazując nam początek szlaku. Pogoda był przepiękna. Zbliżała się już 9:00 i słońce mocno prażyło. Cieszyliśmy się więc, że pierwsze paręset metrów drogi pokonywaliśmy w cieniu bukowego lasu. Ścieżka po opuszczeniu zasłony drzew prowadzi szeroką polaną, na środku której trafiliśmy na rozkopane gniazdo os (pies czy niedźwiedź?). Dalej szliśmy szerokim traktem przystosowanym dla jazdy terenowych samochodów.

 

Szlak wśród niskich traw

Na pobliskim wzgórzu majaczyła zagroda pasterska, z której dochodziło głośne szczekanie psów. Okazuje się, że szlak wiedzie w bezpośrednim sąsiedztwie farmy, w krótkim więc czasie zostaliśmy otoczeni przez niewyspane owce (a przynajmniej takie sprawiały wrażenie). Sielankę wesołego pobekiwania psuł nieco widok sterty śmieci rzuconych bezpośrednio za płot gospodarstwa. Łukaszowi żal było owiec leżących w błocie, gdy dookoła było tak wiele porośniętych trawą wzgórz. Wydawało się jednak, że pasterze nie nocują w górach a jedynie dojeżdżają do zagrody. Wkrótce po opuszczeniu majątku usłyszeliśmy ich pokrzykiwanie i dzwonki pędzonych po stokach zwierząt.

 

Trzeba powiedzieć, że szlak jest bardzo dobrze oznaczony. Nie było problemu z jego znalezieniem nawet wśród wyższych traw. Po ok. godzinie marszu doszliśmy do pierwszych biało-czerwonych słupków. Przy jednym z nich zrobiliśmy postój przyglądając się wspaniałym widokom w kierunku południowych i zachodnich zboczy Masywu Korab. Wszystko dookoła miało soczysto-zielony kolor zaś ponad nami zaznaczały się już pierwsze wapienne skały. Szlak następnie łagodnie trawersuje zbocze aby po chwili wejść pomiędzy kamienne kopczyki. Tutaj spotkaliśmy parę Czechów. Do szczytu wg ich opinii pozostały jeszcze 3 godziny drogi. Po krótkiej rozmowie okazało się również, że dziewczyna z tej pary była niedawno w naszym rodzinnym Wrocławiu na Przeglądzie Filmów Brave a samo miasto bardzo jej się podobało 🙂

 

Dziewicze łąki i grill pod szczytem

Krajobraz zaczynał się nieco zmieniać. Wśród traw obok wapiennych głazów wyrastały kwiaty, których kształt i brązowiejące od czubka liście przywodziły na myśl płomienie buchające z wnętrza ziemi. Wkrótce naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Szeroka dolina zamknięta ze wszystkich stron ostrymi, wapiennymi szczytami. Zachodnie stoki niczym zęby wbijały się w niebo, mocno odznaczając się na widnokręgu. Po prawej zaś stronie, na porośniętym trawą zboczu, wiodła prawie płaska ścieżka. Tu i ówdzie kwitły na żółto wielkie dziewanny, w trawie kryły się polne fiołki a wszystko dookoła wibrowało od latających gęsto owadów. Miało się wrażenie, że pszczoły uciekły z naszych pól i znalazły schronienie na dziewiczych łąkach Alp Dynarskich. Taka sielankowa wędrówka trwała prawie całą godzinę.

 

W czasie trawersowania zbocza spotkaliśmy 6-osobową grupę Macedończyków. Po wymianie uprzejmości ocenili naszą dalszą drogę na ok. 2 godziny. Mimo, iż nie zdobywamy na tym etapie wysokości, ścieżka się nie nudzi. Należy być jednak ostrożnym, spod nóg raz uciekła nam żmija, a innym razem można było poślizgnąć się na sporych rozmiarów niedźwiedzim nawozie. Na końcu wypłaszczenia znajduje się szlakowskaz i mały, kamienny schron. Dalej zaczyna się strome podejście a kruszone wiatrem skały przybierają ostrzejsze kształty. Na polanie pod szczytem wymieniliśmy kilka zdań z kolejnymi miejscowymi turystami. Ci mieli ze sobą przenośnego grilla i w sąsiedztwie strumienia rozpalali ogień. My również zrobiliśmy tutaj postój na drugie śniadanie. Dalsza droga na szczyt wiedzie wzdłuż strumyka, by następnie odbić ku niesamowicie zielonej, pochyłej łące. U jej końca znajduje się przełęcz ze słupkiem granicznym. Tutaj trzeba skierować się w prawo by po 10-minutowym graniowym podejściu znaleźć się na szczycie.

 

Кораб to czy Korab?

Gdy wejdziemy na najwyższy szczyt Albanii i Macedonii nie mamy pewności, że rzeczywiście znaleźliśmy się w najwyższym punkcie tych krajów. Okoliczne góry wydają się być bowiem nieco wyższe, bardziej skaliste i przez to niedostępne. Natomiast wejście na Korab to wycieczka przyjemna, choć kondycyjnie dość wymagająca. Na szczycie znajduje się postument, z każdej strony opatrzony jakimś napisem: z jednej pisanym cyrylicą Кораб, z drugiej podana jest wysokość (2764 m.n.p.m.), z trzeciej przytwierdzono metalową tabliczkę z nazwą szczytu po albańsku i macedońsku, a z czwartej pozostało jedynie biało-czerwone oznaczenie zarezerwowane dla początku/końca szlaku. Postument rozsypuje się. Choć wielu zdobywców robiło sobie na nim zdjęcia my w jego obecnym stanie szczerze odradzamy.

 

Wchodząc na szczyt za plecami słyszeliśmy głośne nawoływania. Wkrótce na Korabie pojawili się kolejni turyści – rodzina z Bułgarii. Przywitaliśmy się z nimi, pogratulowaliśmy sukcesu i zrobiliśmy sobie nawzajem zdjęcia przy słupku. Łukasz wyciągnął z torby lornetkę i zaczął oglądać pobliskie szczyty a ja fotografowałem widoki w każdą stronę świata. Po 10 minutach tradycyjnego rytuału usiedliśmy na jednym ze zboczy (każde poza południowym kończy się po kilku krokach przepaścią) i zjedliśmy resztki prowiantu, pozostawiając jedną czekoladę na drogę powrotną. Rodzinka uwinęła się ze swoją sesją i podziwianiem widoków w trakcie 20 minut i skierowali się do zejścia. My zaś ściągnąwszy bluzy zrobiliśmy jeszcze pamiątkowe zdjęcia w koszulkach promujących blog, które przygotowała dla nas firma Runspiration. Gdy się pakowaliśmy na szczyt dotarła para z Polski (z Warszawy, pozdrawiamy :)), więc nie zabrakło kolejnego, po oznaczeniu szlaku, narodowego akcentu.

 

A myśleliśmy, że to my mamy ciężko…

Schodząc powoli w kierunku polany ze strumieniem usłyszeliśmy odległy grzmot. Nisko wiszące chmury wspinały się na grań. Po albańskiej stronie przybierały ciemniejszą barwę. Po macedońskiej jednak wciąż świeciło słońce. Na polanie minęliśmy sporą grupę cyklistów. Cześć wnosiła sprzęt na górę, inni podejmowali wysiłek wjeżdżania po mniej stromych zboczach. Jeden z wyczynowców szerokim uśmiechem domagał się zdjęcia. Łukasz szybko złapał za telefon i uwiecznił Macedończyka z rowerem na ramieniu. Ja ze swoim podejściem do nie robienia zdjęć obcym ludziom poczekałem aż wymienimy parę zdań i również cyknąłem mu fotkę. W czasie rozmowy dowiedzieliśmy się, że ma on na swoim koncie zjazdy z większości macedońskich szczytów a Korab zdobywa po raz któryś z kolei. Zjazd zajmuje mniej więcej godzinę liczyliśmy więc, że jeszcze spotkamy się gdzieś po drodze.

 

Powrót był bardzo przyjemny. Słoneczna pogoda utrzymała się do końca. Przy słupku, obok którego wcześniej odpoczywaliśmy, leżał plecak. Ponieważ nikogo wokół nie było, a wyglądał na damski, uznaliśmy, że para z Polski zostawiła tutaj część dobytku aby nie dźwigać całości na szczyt. Na trasie w pobliżu zagrody natrafiliśmy na gromadę psów pasterskich, które siedziały dokładnie na środku ścieżki. Najbliższy pasterz widoczny był w sporej odległości, więc pozostało nam liczyć na to, że miniemy się bez większych animozji. Psy widząc nas ze sporej odległości usunęły się na pobliski szczyt, za którym pewnie pasły się owce. Uff. Ostanie pare kilometrów nieco nam się już dłużyło. W końcu dotarliśmy do strażnicy, przy której obóz rozbiła 20-osobowa grupa z Bułgarii, w tym spotkana przez nas rodzinka. Zanim przywdzialiśmy motocyklowe odzienie grupa cyklistów wyjechała z lasu.

 

Kačamak po raz drugi

W drodze powrotnej do hotelu minęliśmy punkt graniczny, z którego okien strażnik jedynie nam pomachał aby jechać dalej. Na trasie natrafiliśmy też na sporą grupę pieszych turystów, na polanie musiało więc być bardzo tłoczno tej nocy. Przy wyjeździe na drogę asfaltową zaparkowały dwa autokary, z których ludzie również rozbijali obóz. Wyglądało na to, że uniknęliśmy tłoku w tych wydawać by się mogło opuszczonych górach 🙂 Po sytej kolacji (ponownie zamówiliśmy kačamak – tartobułkowy jak dzień wcześniej) udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, mając w  głowie ukwiecone stoki i zielone zbocza Masywu Korab.