Mulhacén


  • Najwyższa góra europejskiej części Hiszpanii

  • 📐 Wysokość: 3479 m.n.p.m.

  • 📅 Data zdobycia: 2018-05-02

  • Pasmo górskie: Sierra Nevada, Góry Betyckie

Mulhacén zdobyliśmy w czasie Majówki 2018, co do której plan musieliśmy zmienić na krótko przed wyjazdem. Łukasz wygrał w konkursie firmowym Opery Software wypoczynek wakacyjny z biurem Itaka za najlepsze przebranie w stylu lat 80-tych. Wśród zaproponowanych przez biuro ofert wybraliśmy przelot na Kretę. Jednak na tydzień przed wylotem zmieniono jego datę, a to niespecjalnie nam pasowało. Z pozostałych ofert spodobała nam się opcja wylotu do Malagi i wówczas zrodził się również pomysł wejścia na najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii.

My: „Chcemy dostać się na Mulhacén.” Pani z wypożyczalni: „Tym?”

Maj w Sierra Nevada jest miesiącem zimowym, wierzchołki szczytów są wciąż pokryte grubą warstwą śniegu a temperatura nierzadko spada tam poniżej zera już na wysokości 2000 m.n.p.m. Do plecaków zamiast kilku par krótkich spodenek, plażowych ręczników i zestawów do opalania zabraliśmy więc raki, kurtki zimowe i kijki trekkingowe. Po przylocie do Malagi skierowaliśmy się ku wypożyczalni samochodów Helle Hollis, ponieważ żadna z ofert na lotnisku nie spełniła naszych oczekiwań. Za kwotę 250 euro wynajęliśmy Fiata 500C, który można podsumować słowami: „kompaktowy kabriolet”. Odbyliśmy też krótką rozmowę z panią w biurze obsługi klienta, która na wieść że zamierzamy zdobyć Mulhacén zareagowała jednym słowem: „Tym?”. Auto jednak sprawdziło się świetnie, nie osiągaliśmy być może zawrotnych prędkości, ale dojechaliśmy wszędzie tam gdzie się dało, jak również dość wygodnie spędziliśmy w nim jedną noc 🙂 Z Malagi wpierw skierowaliśmy się do Nerjy skąd po pierwszym noclegu i zwiedzeniu pięknej jaskini „Cueva de Nerja” oraz białego miasteczka Frigiliany udaliśmy się do miejsca naszego górskiego postoju – wioski Capileira.

Paco wie najlepiej

Capileira, usadowiona na południowych zboczach Sierra Nevada, była jednym z bardziej urokliwych miejsc w jakich miałem okazję nocować. Znaleźliśmy się tutaj w dniu zakończenia miejscowego festiwalu i ściany domów wciąż były jeszcze udekorowane haftowanymi serwetami. Gdy dotarliśmy na miejsce wioseczka powoli pustoszała. Kończył się właśnie hiszpański „Puente” (hiszp. most) czyli majowy długi weekend z jednym dniem „gratis” (1-szy maja jest świętem, natomiast 30-ego kwietnia wielu Hiszpanów wzięło wolne) i dało się odczuć, że mieszkańcy wracają do swoich zajęć po niezwykle pracowitym czasie.

W miejscowym biurze Informacji Turystycznej dowiedzieliśmy się od Paco, na oko doświadczonego, górskiego piechura, że nie będzie możliwym wjazd busem do miejsca, gdzie zaczyna się szlak pieszy, gdyż śniegi wciąż zalegają na drodze. Otrzymaliśmy również informację w jaki sposób wejść na szczyt w warunkach zimowych (trasa nieco różni się od klasycznego, letniego podejścia) oraz zakupiliśmy mapę, na której Paco narysował nam ołówkiem przebieg szlaku. Dzień wcześniej była na Mulhacénie grupa zorganizowanych turystów więc istniało spore prawdopodobieństwo, że w górach będą wciąż ślady ich przejścia. Jeśli ktoś obawiałby się zgubienia lub lubi wędrówkę w dużych grupach, taką wycieczkę na Mulhacén z przewodnikiem można zakupić w kilku miejscach (najlepiej przez Internet), a trasa podzielona jest na dwa dni z noclegiem w położonym na wysokości 2500 m.n.p.m. schronisku. Uzbrojeni w mapkę udaliśmy się na zwiedzanie miejscowości.

W jednym z otwartych sklepów z miejscowymi specjałami zakupiliśmy wino tej ziemi, cztery rzemieślnicze piwa oraz słodki patyk, który po zdjęciu kory można było ssać jak rurkę z cukrem. Tym, co po przejściu po wiosce zapadnie najbardziej mi w pamięć, to zadaszone kominy. Nie widziałem takich wcześniej, chociaż później okazało się, że są one typowe dla tych okolic. Z kilku otwartych restauracji wybraliśmy Tabernę „La Tapa” . Było to niezwykle czarujące miejsce prowadzone przez starsze małżeństwo. Wbrew nazwie nie uświadczymy tu tradycyjnych tapasów lecz mnogiej ilości potraw na bazie kaszy kuskus, orzechów, ziemniaków i mięsnych wywarów. My się zadowoliliśmy pastami w trzech smakach z białym pieczywem oraz szpinakiem z migdałami. Na deser właściciel podał nam tarte jabłkową oraz nalewkę własnej roboty, najprawdopodobniej z tarniny. Tu drobna uwaga, gdyż deseru nie zamawialiśmy i uznaliśmy go za gratis, a gratisem okazały się jedynie dwa kieliszki nalewki. Niemniej jednak ciasto zjedliśmy ze smakiem.

Kompaktowym kabrioletem na Mulhacén

Na nocleg zatrzymaliśmy się w małym pensjonacie „El Cascapeñas de la Alpujarra”. Pokoje były ładne, choć dosyć zimne. W nocy musieliśmy odkręcić kaloryfer, gdyż hiszpańskim zwyczajem zamiast kołdry mieliśmy do dyspozycji jedynie koce, a temperatura na zewnątrz spadła do ok. 0 stopni. Nad ranem szybko się zebraliśmy i naszym Fiatem 500C udaliśmy się w stronę parkingu „Hoya del Portillo”. Różnica przewyższeń ok. 500m. Droga wpierw asfaltowa zmieniła się wkrótce w gruntową, jednak stopień nachylenia nie był zbyt duży i uważać trzeba było jedynie na zakrętach, gdzie tworzyły się spore koleiny. Parking „Hoya del Portillo” znajduje się w lesie, lecz trudno go ominąć gdyż dalszą drogę zamyka szlaban i informacja o zakazie wjazdu do Parku Narodowego. Stały tutaj trzy samochody, oszronione, więc przypuszczalnie ich właściciele nie powrócili jeszcze z gór. Powietrze lekko szczypało w twarz i było dość gęste. Miało się więc wrażenie, że znajdujemy się już wysoko. Przed ruszeniem na ścieżkę posmarowaliśmy się grubą warstwą kremu z filtrem 50, gdyż tego dnia zapowiadano piękną, słoneczna pogodę co najmniej do godziny 14.

“Śladami” busów

Pierwsze kroki na szlaku stawiamy w niskim, sosnowym lesie. Po 30 minutach wychodzimy na szeroka polanę z punktem widokowym „Mirador Puerto Molina”. Tam wśród kamieni i metalowych tablic zjedliśmy śniadanie. Z tego miejsca widać było już cel naszej wędrówki. Znajduje się tutaj również niedokończony schron, gdzie w razie załamania pogody można przeczekać kilka godzin. Poniżej odbija żółty szlak w stronę schroniska Refugio Poqueira. My decydujemy się pójść drogą, którą w sezonie letnim pokonuje bus wiozący turystów na wysokość 2700 metrów. Na trasie co jakiś czas pojawiają się spore zaspy śniegu, o których wspominał Paco. Choć same nie stanowią kłopotu to jednak czasem trzeba uważać, aby nie ześliznąć się po nich w stronę lasu. Temperatura wciąż bliska była 0°C. Na spływającym po zboczu strumieniu dostrzec można było fantazyjnie ukształtowane sople. Samo zdobywanie wysokości jest rozłożone na dość sporym odcinku i zanim minęły dwie godziny znaleźliśmy się w miejscu gdzie łączą się szlaki rowerowy i pieszy a kończy przeznaczony dla samochodów. Nieco wcześniej do drogi dochodzi szlak zielony z miejscowości Trevélez. Z miejsca postoju dla busów do szczytu pozostały nam jakieś trzy godziny wędrówki.

Pogoda była piękna, niebo bezchmurne a wzrok sięgał aż po plaże Morza Śródziemnego. Ścieżka wiła się wśród czerwonawych kamieni i odradzających się traw. Przy nieco większym i płaskim kamieniu zrobiliśmy sobie postój. Zaczęło delikatnie wiać i pojawiły się pierwsze chmury. Chociaż nigdzie nie było oznaczeń, to sam szlak łatwo jest śledzić a pierwsze rozwidlenie pojawia się po ok. godzinie od miejsca postoju dla busów. Droga w prawo prowadzi do doliny siedmiu stawów (Siete Lagunas) a w lewo, wnioskując po znaku, skręca nieoznakowana ścieżka na Mulhacén.

Wysoko…, że głowa boli

Śniegu było coraz więcej. Na szczęście tu i ówdzie ślady pozostawili poranni wspinacze a szlak pomagają również odnaleźć kopczyki z kamieni, które mozolnie budują kolejni zdobywcy. Przy pięknej słonecznej pogodzie trasa nie stanowi większego problemu. Pewnym utrudnieniem jest brak jednolitej ścieżki (oznaczonej np. znanymi z Karkonoszy wysokimi kijami), konieczność przeskakiwania po kamieniach i niepewność czy przypadkiem nie zmierzamy w stronę przepaści. Na trasie mamy do pokonania kilka wzniesień i za każdym razem gdy wydaje nam się, że to już szczyt, przed nami majaczy kolejne wypiętrzenie. Wraz ze zdobywaniem wysokości ubywa nam również tlenu w powietrzu i zaczynają się pierwsze objawy choroby wysokościowej. Zmęczenie jest spore, mimo że kolejne metry pokonujemy przy dość łagodnym nachyleniu.

W okolicy niższego wierzchołka tzw. Mulhacén II napotkaliśmy parę z psem. Chyba im się bardzo spieszyło, gdyż zamiast schodzić zbiegali po śniegu. Przed samym szczytem pozdrowiliśmy się zaś z trzyosobową ekipą, wyglądającą na zorganizowanych turystów (przewodnik i młoda para). Zanim osiągnęliśmy wierzchołek przycupnęliśmy na chwilę w jednym z wiatrochronów. Łukasz zwierzył mi się, że od jakiegoś czasu wędruje w tzw. Zombie Mode. Wysokość mocno dawała mu się we znaki. Schowani za kamieniami wzięliśmy parę głębszych oddechów. Oceniliśmy również czy raki są nam niezbędne. Nie zdecydowaliśmy się na nie. Nachylenie jest przy samym szczycie nieco większe, jednak świeży śnieg dość dobrze trzymał się pod nogami i idąc śladami naszych poprzedników dotarliśmy na szczyt.

Kapliczka przysypana śniegiem

Betonowy słupek poinformował nas, że osiągnęliśmy wysokość 3479 m.n.p.m. Przy tej ilości śniegu wskoczenie na jego platformę było dość proste. Latem słupek wznosi się 2 metry nad ziemią a u jego podnóża znajduje się niewielka kapliczka. Ponieważ to właśnie obrazek tej kapliczki miałem w pamięci, przez dłuższy czas zastanawiałem się, gdzie właściwie się ona znajduje. Nie przyszło mi do głowy, że zaspa śnieżna, na której stoję może mieć dwa, trzy metry wysokości i całkowicie przysłoniła niewielkie miejsce kultu. Tym co najpiękniejsze jest tu niczym niezakłócony widok. Za betonową platformą zieje 500 metrowa przepaść. Skały ostro wdzierają się w niebo a dalej jest już tylko ta niesamowita przestrzeń.

Zimowe szczyty Sierra Nevada powoli pokrywały się chmurami jednak Mulhacén wznosił się wysoko ponad nie. Zaczęło mocniej wiać. Zdjęcie rękawiczek powodowało, że ręka czerwieniała w niesamowitym tempie. Jednocześnie przy tej wysokości i takim zimnie radośnie ćwierkały ptaki. Widać, że są oswojone z turystami bo ochoczo zaglądały nam do plecaków. Na skałach tu i ówdzie przytwierdzone są tabliczki i małe krzyże. Miejsce, mimo iż tego dnia odludne, nosiło znamiona niezwykle popularnego. W dole na północnym stoku dostrzegliśmy dwóch wspinających się narciarzy z czekanami. Na szczyt nie doszli, a ich celem był zapewne zjazd po tym niesamowicie stromym zboczu. Mulhacénowi poświęciliśmy około godzinny postój, który na zawsze pozostanie nam w pamięci.

Z głową w chmurach

Wkrótce gdy opuściliśmy szczyt górę spowiły gęste chmury. Szlak był całkiem niewidoczny, przemieszczaliśmy się jednak po śladach trójki napotkanych wcześniej turystów. Mieliśmy również w zanadrzu trasę wpisaną w zegarku Suunto, na którą Łukasz co jakiś czas dla pewności zerkał. W tę stronę przydały się bardzo kamienne wieżyczki, ustawione przez innych zdobywców. My również dodaliśmy kolejne kamienie, aby łatwiej było je wypatrzeć w razie śniegu lub niskich chmur. Schodziło się dość przyjemnie, chociaż bardzo mozolnie. Mając nieco więcej sił uważniej rozglądaliśmy się wokół, poszukując co ciekawszych form skalnych.

W miejscu postoju dla busów odbiliśmy w prawo w kierunku schroniska Refugio Poqueira. Nie mieliśmy w planie jego odwiedzin, chociaż nie pogardziłbym tego dnia ciepłą herbatą. Żółty szlak wiódł nas w kierunku Mirador Puerto Molina zboczem, które gęsto przecinały strumienie. Ośnieżone szczyty wyższych partii Sierra Nevada przywodziły na myśl łaciatą krowę, lub może bardziej łaciatą czekoladę. Po ok. godzinie od rozwidlenia weszliśmy w las, gdzie zaspy śnieżne skutecznie utrudniały wędrówkę szlakiem. W oddali majaczył już punkt widokowy, my się jednak skierowaliśmy w stronę szlaku, który sosnowym lasem doprowadził nas na Parking. W drodze powrotnej na drogę wyskoczyły nam kozice, jedyne tego dnia napotkane zwierzęta.

Dzień po majowym święcie w Capileira większość restauracji była zamknięta. Na uczczenie naszego sukcesu udaliśmy się więc do jedynej otwartej restauracji przy naszym hotelu. Niestety dość mocno się zawiedliśmy. Właściwie wszystko szło nie tak. Począwszy od kaszlącego i umorusanego tłuszczem kelnera, przez najbardziej wodnistą zupę jaką jadłem (z kawałkami krojonej w kostkę szynki), niedopieczonego kotleta z wieprzowiny, na zupełnie zbędnej górze frytek kończąc. Jedyne co było nieco urzekające to fakt zaangażowania się całej rodziny w prowadzenie restauracji. Babcia pracowała na kuchni, ojciec stal za barem a dzieciaki latały z miotełkami i sprzątały pod stolikami. Po tym mało przyjemnym doświadczeniu wróciliśmy do pokoju i po umyciu się wskoczyliśmy szybko pod trzy koce, i z kaloryferem odkręconym na maksa usnęliśmy z głowami pełnymi fantastycznych wspomnień.

Zobacz album Mulhacen