Vrh Dinare


  • Najwyższy szczyt Chorwacji

  • 📐 Wysokość: 1831 m.n.p.m.

  • 📅 Data zdobycia: 2019-05-02

  • Pasmo górskie: Dinara, Alpy Dynarskie

Majówka 2019. Cel: Chorwacja! Słońce, plaża i chillout. Czy aby na pewno? Z 8-dniowej wyprawy przywieźliśmy dwa dni Słońca, zero muszli jeżowców i odległe wspomnienie 20-minutowego chilloutu przy źródełku podczas wejścia na Vrh Dinare. Czy było warto? A jakże! W pamięci zostaną nam szybkobieżne jaszczurki, wielokształtne żołędzie i dzwon, który niósł się po bezludnych górach i dolinach. Dzień polskiej flagi uczciliśmy wnosząc biało-czerwone barwy ponad najwyższym punktem Chorwacji.

Deszczowa Europa

28 kwietnia, na dzień przed naszym wyjazdem, prognozy pogody dla południowej Europy nie zapowiadały się najciekawiej. Od Polski po Bałkany rozciągała się strefa chmur, które zwłaszcza nad Czechami i Austrią miała przynieść przelotne opady. Spakowaliśmy więc nieco więcej ciuchów, zwłaszcza bielizny i skarpet aby mieć się w co przebrać w przypadku większego deszczu. Ubrani na cebulę (w szczytowym momencie mieliśmy na sobie cztery warstwy odzieży) pokonywaliśmy na motocyklu kolejne fragmenty trasy w kierunku Szybenika. Na pierwszy nocleg wybraliśmy urokliwy Telcz na Morawach. Drugiego dnia zatrzymaliśmy się w Varaždinie pokonując uprzednio 450 kilometrów drogi w mżawce i przy temperaturze 7 stopniach Celsjusza. Trzeciego dnia mając nieco więcej czasu wybraliśmy się na wycieczkę do Parku Narodowego Plitwickie Jeziora, skąd po 4-godzinnym zwiedzaniu skierowaliśmy się do celu naszej podróży.

Nietaktowna orkiestra dęta

Pierwotny plan na Majówkę zakładał 2-dniowy nocleg w Kninie, zdobycie Vrh Dinare i dalszą podróż nad chorwackie morze. Jednak według Google Maps odległość do pokonania z Szybenika do podnóża góry wynosiła 1:20 h jazdy motocyklem, a ponieważ miasteczko oferowało znacznie więcej atrakcji niż położony wewnątrz kraju Knin, to nad morzem właśnie zdecydowaliśmy się zanocować. W Szybeniku znaleźliśmy klimatyczny apartament w budynku z końca XVI wieku. Centrum miasta wyłączone jest z ruchu więc motocykl zostawiliśmy przy schodach wiodących do wpisanej na listę UNESCO Katedry. Stąd mieliśmy do pokonania 100 metrów wzniesienia uliczkami wyłożonymi wyślizganym marmurem. Po złożeniu naszych bagaży udaliśmy się na kolację. Miasto jest niezwykle urokliwe a o tej porze roku również dość puste. Trudno więc było znaleźć otwarty lokal. Udało się w nam zamówić jedzenie w Restoran No. 4 specjalizującym się w stekach. My skusiliśmy się jednak na filet z miecznika oraz sałatkę. Smacznie, chociaż dość drogo.

Kolejny dzień upłynął nam na zwiedzaniu miasta. Ja się wręcz nie mogłem doczekać i obudziwszy się o 6 rano zabrałem aparat na krótką sesję. Zwiedzanie zakończyłem w Katedrze, do której od 8:30 do 9:30 można wejść w celach modlitewnych. Uklęknąwszy w jednej z ławek wysłuchałem modlitwy Chorwatów zgromadzonych przy ołtarzu, którym Różaniec przerwał spory raban przed budynkiem. Tą właśnie porę na swój przemarsz wybrała orkiestra szkoły morskiej powodując, że głosy zebranych w Katedrze utonęły w dźwiękach trąbek, puzonów, tub i bębnów. Wydało mi się to dość nietaktowne. Modlitwa w katedrze zawsze odbywa się o tej samej godzinie, można więc było przesunąć swój przemarsz o te 20 minut. No cóż… Wolność Tomku w Swoim domku wiecznie żywe. Po powrocie do apartamentu przygotowałem śniadanie, które zjedliśmy z pięknym widokiem na zatokę. Dalszą część dnia poświęciliśmy Szybenikowi i okolicom, a przed wyjazdem w góry zjedliśmy kolację w polecanej przez naszego gospodarza restauracji Tinel.

“To co widzę jest…”, “Jaszczurka!”, “Ej, znowu wygrałeś!”

Następnego dnia spakowaliśmy się niespiesznie i podjechaliśmy do sklepu po wodę i prowiant. Łukasz przeczytał na jednym z blogów podróżniczych, że wycieczka zajmuje 5h więc sugerując się tym czasem uznaliśmy, że jeśli wyjdziemy w góry koło 10 to na spokojnie zejdziemy do 18. Słońce pięknie świeciło więc podróż na motocyklu z Szybenika do Glavaš upłynęła nam na podziwianiu widoków i zgadywaniu, która góra to Dinara. Przez większość czasu trzymaliśmy się trasy 33, by w miejscowości Siverić skręcić w prawo w stronę miasteczka Vrlika. Tam dojechaliśmy do trasy nr 1 i skierowaliśmy się w stronę Kijewa. Po około 5 kilometrach skręciliśmy w kierunku Glavaš, gdzie zaczyna się najkrótszy szlak na Dinarę. Wąską drogą pięliśmy się nieco w górę by dotrzeć do polany ze schronem oraz miejscem biwakowym. Tutaj zostawiliśmy motocykl w towarzystwie trzech samochodów z Polski i jednego z Niemiec, a następnie przebrawszy się w górskie rzeczy weszliśmy na szlak oznaczony białą kropka z czerwoną obwolutą.

Pogoda zapowiadała się świetnie. Słońce grzało nam plecy, szybko więc zrzuciliśmy kurtki przeciwwiatrowe. Niestety zapomnieliśmy kremu z filtrem. Z tego powodu większość dnia spędziłem w kominiarce aby nie spiec za mocno uszu i karku. Sam szlak jest tutaj bardzo dobrze oznaczony a ścieżka wydeptana. Na kamieniach, gałęziach niskich krzewów i na samej dróżce wygrzewały się jaszczurki. Właściwie nigdy nie widziałem takiej ilości tych gadów. Większość czmychała nim zdążyliśmy je wypatrzeć, a o ich obecności świadczył jedynie szelest suchych liści, pod którymi się ukrywały. Niemniej jednak udało się nam uchwycić co bardziej leniwe okazy lub te, które jeszcze nie zdążyły naładować akumulatorów. Po 15 minutach marszu doszliśmy do Ruin fortu Glavaš. Budowla nie jest zabezpieczona a wejścia nie ogranicza żadna taśma. W cieniu kamiennych murów zjedliśmy śniadanie, zauroczeni panoramą na dolinę rzeki Cetiny.

Dęby naszych Babć

Przy ruinach fortu minęła nas pierwsza grupa Polaków. Nie byli zbyt rozmowni, my również ich nie zatrzymywaliśmy wiedząc, że cel naszej wędrówki jest jeszcze daleko przed nami. Za fortem szlak wiedzie ścieżką, którą z prawej strony ogranicza mur a z lewej wysokie trawy. Wśród nich kwitły polne irysy oraz mnoga ilość nieznanych mi żółtych kwiatów. Wkrótce doszliśmy do lasu skarłowaciałych dębów o niesamowitych żołędziach, wielkich niczym piłki do golfa z małymi gwieździście wystającymi rogami. Nieco większe okazy drzew zrzucały zaś żołędzie o podłużnym kształcie, jednak w zabawnych, “moherowych” czapeczkach. Niewielkie gaje dawały wytchnienie od słońca. Wkrótce zaczęliśmy trawersować zbocze w odsłoniętym terenie. W lewo odbijała ścieżka do
Crvenej jaskini (chorw. Crvena Pećina), w której na moment odetchnęliśmy od gorąca. Po około 1h doszliśmy do źródła pitnej wody. Metalowa tabliczka poinformowała nas, że wspięliśmy się na wysokość 1000 metrów n.p.m.

“Po górach, dolinach rozlega się dzwon”

Przy źródle zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. Wkrótce od strony szczytu nadbiegł Azjata, który zapytawszy czy woda w źródle nadaje się do picia (“Yes, it is drinkable”) ochlapał się nią i napełniwszy bukłak pobiegł dalej w stronę parkingu. My zaś ruszyliśmy w kierunku szlakowskazu “Vrh Dinare: w prawo 3h, w lewo 3h”. Mając wpisaną trasę w zegarku marki Suunto wybraliśmy ścieżkę w prawo, pnącą się zakolami wśród pól drobnych kamieni i wysuszonych traw. Po około 45 minutach doszliśmy do szerokiej polany a na niej do kolejnego rozwidlenia. Szlak w lewo kierował w stronę szczytu (2h) a na wprost do schronu Martinova košara. Ślad GPS prowadził w stronę schroniska i tą ścieżkę wybraliśmy. O tej porze roku górskie łąki zdobiły pierwiosnki, bratki, narcyzy i szafirki – kwiaty znane z naszych przydomowych ogródków. Z całością harmonizował odgłos wielkich czarnych trzmieli latających blisko kwiatów oraz lekki wiatr, który pędził kłębiaste chmury. Wkrótce znaleźliśmy się przy starych pasterskich zagrodach, wśród których stała Martinova košara.

Wygląd schroniska dalece odbiega od naszych Polskich standardów. Przede wszystkim jest to tylko schron. W środku znajdziemy metalowe prycze a na nich cienkie gąbki. Jest także piecyk oraz skrzynia, w której ukryto notes i inne papiery, stanowiące pamiątkę po osobach śpiących / odwiedzających to miejsce. Schron był otwarty chociaż na innych blogach czytaliśmy, że aby do niego wejść należy być w posiadaniu odpowiednich kluczy. Tuż za chatką jest studnia, nie było jednak napisane czy woda z niej jest zdatna do picia (wyglądała na czystą). Po obejściu studni skierowaliśmy się w stronę szlaku, który wiódł przy kamiennym murku. Wkrótce natrafiliśmy na biało-czerwoną kropkę i wiedzeni trawiastym zboczem dotarliśmy do niewielkiej kapliczki usytuowanej w naturalnej grocie skalnej. Był tutaj krzyż i ołtarz a także dzwon. Łukasz nie potrafił się powstrzymać i uderzył w niego kilka razy. Dźwięk pięknie niósł się po szerokiej dolinie.

Wapienie i bukowy las

Z miejsca modlitw zeszliśmy do ścieżki i dalej kierowaliśmy się śladem GPS zapisanym w Łukasza zegarku. Niestety sama dróżka wydawała się coraz mniej używana, aż całkiem znikła wśród traw. Nigdzie nie było też widać biało-czerwonych kropek. Zgubiliśmy szlak. Wierząc, że w końcu znajdziemy właściwą drogę zdecydowaliśmy się podążać za śladem GPS. Taka wędrówka trwała dobrą godzinę a krajobraz powoli stawał się coraz surowszy z mnóstwem wapiennych skał i małych dolinek, w których wciąż zalegały śniegi. W jednej z nich zakwitły krokusy. Widok był urzekający więc na chwilę zapomnieliśmy o szlaku i skupiliśmy się na pięknie otaczającej nas przyrody.

Nieco powyżej polany natrafiliśmy na spore pole skalne, którego lewa strona stromo opadała w dół. Tym wzniesieniem doszliśmy do skarłowaciałego lasku bukowego z dziwnie powyginanymi gałęziami, którego widok przyprawiał o gęsią skórkę. Powyżej drzew droga wiodła zboczem wśród wypalonej kosodrzewiny. Tam też odnaleźliśmy mocno już startą czerwono-białą kropkę. Trzymając się szlaku wdrapaliśmy się na grań skąd w oddali widać było cel naszej podróży. Wiatr dawał się tu we znaki, zapieliśmy więc szczelnie kurtki i ruszyliśmy w kierunku wysokiej kosodrzewiny. Za nami do szlaku dobiegał ten właściwy, który prowadził od rozdroża na polanie. Po około 15 minutach dotarliśmy do kamiennego postumentu informującego o zdobyciu Dinary.

“Wszyscy mają zdjęcie z flagą! Mam i ja!”

Na szczycie znajduje się betonowy słup z tabliczką informacyjną. Zaraz obok stoi sterta kamieni, w którą wbity jest nowy znak a na nim obie nazwy szczytu: Vrh Dinare oraz Sinjal wraz z wysokością: 1831 m.n.p.m. Nieco dalej na drugim wierzchołku stoi metalowy krzyż. Byliśmy tutaj sami. W oddali kłębiły się niskie, białe chmur a ponieważ wiatr się wzmagał wiedzieliśmy, że nie mamy wiele czasu na sesję zdjęciową. Zrzuciwszy plecaki wykonaliśmy kilka fotografii w tym pamiątkowe zdjęcie z polską flagą (2 maja – Dzień Flagi) oraz banerem wspierającej nas od niedawna firmy Hemmersbach. Gdy uporaliśmy się ze zdjęciami w oddali usłyszeliśmy głosy. Ktoś we mgle zbliżał się do szczytu.

Na górę wdrapał się Przemek. Gdy chwilę porozmawialiśmy okazało się, że pochodzi z naszych rodzinnych stron, ze Strzelina. Dinarę zdobywał „przy okazji” wyprawy na ścianki wspinaczkowe w Parku Narodowym Paklenica. Do Przemka wkrótce dołączyła jego koleżanka. Z daleka oboje zauważyli, że na szczycie powiewa polska flaga i ucieszyli się z możliwości zrobienia sobie z nią zdjęcia. Obrali oni szlak na lewo przy rozdrożu koło źródła, ten sam którym zamierzaliśmy wracać. Po 15 minutach do czwórki obecnych na Sinjalu Polaków dołączyła kolejna para idąca szlakiem z polany pasterskiej. Zrobiło się więc nieco tłoczno, a dodatkowo mgliście, gdyż widoki przesłoniła nisko zawieszona chmura. Odeszliśmy z Łukaszem na bok aby znajomi mogli wymienić się na spokojnie spostrzeżeniami co do obranych tras. Skierowaliśmy się w stronę białego krzyża.

Niemi świadkowie katastrofy

Po chwili zrobiło się mleczno-biało i wszyscy zebrani postanowili zebrać się w drogę powrotną – my w prawo, oni na lewo. Szlak powrotny wiódł długi czas wierzchołkami kolejnych wzniesień. Niezwykle ujmujący był widok wyschniętych konarów kosodrzewin, które spłonęły kilka lat wcześniej w wyniku serii pożarów nawiedzających ten rejon. Wyglądały tak, jakby wznosiły poskręcane ręce do nieba prosząc o wodę. Z jednej strony było to pole ogromnej katastrofy z drugiej miejsce ukazujące potęgę natury. Przerażające i piękne za razem. Na grani Słońce ponownie wychyliło się za chmur ukazując strome stoki południowo-zachodniej ściany Dinary. Szlak dostarcza niesamowitych wrażeń. Około 1h od Dinary w cieniu skały wybudowano nowe schronisko. Warunki w środku były znacznie lepsze niż w kamiennej chacie na polanie. Były tu woda i owoce a także suchy prowiant. Była też butla z gazem, którego zapach wypełniał nieco małą przestrzeń wewnątrz. Niedaleko wykopano również wygódkę czy wręcz tron na skale. Stąd do Glavaš czekały nas jeszcze dwie godziny zejścia.

Słońce powoli kryło się za szczytami, my zaś wędrowaliśmy stromym zboczem w kierunku źródełka. Dogoniła nas tutaj kolejna, trzyosobowa grupa Polaków. Przy źródle wszyscy zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. Oni widząc nadchodzące ciemności napełnili bidony i ruszyli dalej biegnąc po płaskim fragmencie szlaku. Wzięliśmy z nich przykład i również biegiem skierowaliśmy się w stronę parkingu. Noc zastała nas już u końca ścieżki, nie było więc potrzeby użycia czołówek. Na parkingu podszedł do nas kolejny turysta tym razem z Cieszyna. Zamierzał noc spędzić w aucie i następnego dnia ruszyć w góry. Ostrzegliśmy go, że droga może się nieco wydłużyć a całość wędrówki zająć od 7 do 8 h. Po spakowaniu się czym prędzej udaliśmy się w drogę powrotną.  

Nocna Straż

Wieczorny przejazd dostarczył nam dodatkowych wrażeń za sprawą policjantów, którzy zatrzymali nas gdy wracaliśmy z parkingu na główną drogę. Z początku nie zrozumieliśmy sygnałów w postaci długich/krótkich świateł i dopiero gdy mijaliśmy się powoli na drodze dostrzegliśmy napis Policia. Starszy jegomość po chorwacku zapytał skąd jesteśmy i czy nie przyjechaliśmy z Bośni i Hercegowiny (droga prowadziła blisko granicy). Pokrótce opowiedzieliśmy więc o naszej wycieczce na Dinarę. Następnego pytania jednak nie zrozumieliśmy. Z pomocą przyszedł drugi z policjantów, dopytując po angielsku o innych podróżnych w górach. Powiedzieliśmy, że jest tam jedynie para z Polski, nocująca pod schronem w Glavaš. Życzyli nam dobrej podróży i odjechali w kierunku granicy.

Do Szybenika dotarliśmy w okolicy 22:30 i nim się zorientowaliśmy większość restauracji zamknęła się nam przed nosem. Korzystając z podpowiedzi jednego ze sprzątających kelnerów poszliśmy na stację benzynową (niewielki wybór: orzeszki i ciastka) oraz na Dworzec, gdzie ponoć można było zjeść Fast Fooda. Takowego nie uświadczyliśmy, jednak Łukasz dzień wcześniej zauważył na mapach Google całodobową piekarnię. Zakupiliśmy tam ciepłe burki (z serem i o smaku pizzy) oraz czekoladową mafinkę. Nie był to najwyborniejszy zestaw jednak wystarczający aby burczenie w brzuchu nie wybudziło nas z marzeń o poszarpanych wiatrem szczytach i dźwiękiem dzwonu w tle. Dobranoc!