Ta’ Dmejrek


  • Najwyższy punkt na Malcie

  • 📐 Wysokość: 253 m.n.p.m.

  • 📅 Data zdobycia: 2019-06-20

  • Pasmo górskie: Dingli Cliffs

Malta – niewielkie, wyspiarskie państewko, które przez wieki stanowiło oczko w głowie narodów, prowadzących interesy w basenie Morza Śródziemnego. Rozkwit przeżyła pod panowaniem Rycerzy Zakonu Świętego Jana, którzy (o zgrozo!) uczynili z niej piracką twierdzę. Dostępu do wyspy, prócz potężnych murów obronnych, bronią wysokie na ponad 100 metrów klify ulokowane w południowo-zachodniej części archipelagu. W tym właśnie rejonie znajduje się najwyższy punkt Malty, który zdobyliśmy w czasie czerwcowego długiego weekendu 2019 roku.

Z brzegu na brzeg w godzinę

Na Malcie wylądowaliśmy 19 czerwca. Dzień był pogodny i dość upalny. Nad Europą panował wyż i cały lot mieliśmy bezchmurne niebo, dzięki czemu udało nam się dostrzec m.in. niedawno odwiedzony Szybenik (chociaż już nie najwyższy szczyt Chorwacji – Dinarę), oraz kopcącą Etnę. Na lotnisku odwiedziliśmy punkt informacji turystycznej, gdzie dopytaliśmy o różne opcje zwiedzania na następne trzy dni. Jako najwyższy punkt na Malcie wskazano nam klify Dingli. Zaplanowaliśmy go sobie na następny dzień (choć z lotniska to rzut beretem) i skierowaliśmy się w stronę busa do St. Julien.

Autobus jedzie naprawdę długo. Wbrew zapewnieniom pracowników z Biura Informacji Turystycznej podróż zajęła nam nie 30 minut a całą godzinę. Nie nudziliśmy się jednak. Z jednej strony kierowca dostarczał nam emocji często hamując bądź nagle przyspieszając, z drugiej architektura Malty jest na tyle ciekawa, że za każdym zakrętem coś wpadało nam w oko. Wyspa jest dość gęsto zaludniona, miejscowości nie mają praktycznie końca a i nowych budynków ciągle przybywa. Większość domów zbudowano z miejscowych skał, mających piękny żółto-pomarańczowy odcień. Niestety i tu powoli dociera beton, burząc tą niesamowitą harmonie barw. Z autobusu wysiedliśmy nad piękną zatoką Spinola Bay w miejscowości St. Julien, gdzie mieliśmy nocleg zarezerwowany przez AirB&B. Po zameldowaniu się w stylowym pokoju w hoteliku Lupu oddaliśmy się miejscowym zwyczajem popołudniowej sjeście.

White Rocks – opuszczona wioska

Po godzinie 16 przespacerowaliśmy się po St Julien. Zjedliśmy lunch w Manouche Bistro (świetne, prażone orzechy w cenie zaledwie 2 euro) i odpoczęliśmy na miejscowej plaży St George. Potem wsiedliśmy na rowery Next Bike’a i pojechaliśmy w stronę wieży Magdaleny, będącej jednym z ważniejszych elementów obronnych wybrzeża wyspy. Przy baszcie znajduje się ciekawy obiekt artyleryjny – tzw. fugas, czyli „działo” wydrążone w litej skale, na dno którego sypano proch, wprowadzano długi lont a na wierzch kładziono kamienie. W razie niebezpieczeństwa z fugasów wystrzeliwano grad skał w stronę statków lub żołnierzy wroga. Przechodzący obok starszy jegomość zwrócił nam uwagę, że rosnące wokół twierdzy krzewy o pięknych kwiatach to kapary. Rzeczywiście, nierozwinięte pędy kwiatów wyglądały identycznie jak ten marynowanym przysmak ze słoiczka.

W ostatnich promieniach Słońca dotarliśmy do opuszczonej miejscowości White Rocks. Wjazdu do niej strzegą dwa duże głazy i kawałek smętnego łańcucha. Wioska składa się z kilku dwupiętrowych bloków, wybudowanych dla brytyjskich żołnierzy w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Po opuszczeniu Malty przez Brytyjczyków osiedle powoli pustoszało. W ostatnim czasie teren ten został przejęty przez graficiarzy i street artowców. I tak przystanku autobusowego strzeże wielkie oko, a na ścianie jednego z bloków powstał mural, mogący stanowić okładkę maltańskiego wydania Monopoly. Mi najbardziej przypadł do gustu pokój pomalowany w arbuzy oraz tęczowa klatka schodowa. Z wioski duchów udaliśmy się w stronę St Julien. Tam zjedliśmy kolację w restauracji Pepe Nero. Przed północą przespacerowaliśmy się jeszcze do przystani w Sliemie, skąd podziwialiśmy nocną panoramę Vallety.

Mdina – miasto ciszy

Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy następnego dnia było wypożyczenie skutera (w moim przypadku po porannej Mszy św. w niezbyt licznej parafii St. Julien). Przed przyjazdem na Maltę zarezerwowaliśmy sobie pojazd u pana Krzysztofa – Polaka mieszkającego na wyspie od 40 lat. Prowadzi on punkt o nazwie MedSun i jak sam mówi skutery wynajmuje jedynie obcokrajowcom. W jego ocenie Maltańczycy są niesumienni i zdarza im się zapomnieć oddać pojazd na czas. Z miasta wyjechaliśmy ok. godziny 10 i udaliśmy się w kierunku Mdiny. Dawna stolica Malty robi niesamowite wrażenie już z drogi dojazdowej. Potężne mury obronne i kopuła katedry wznoszą się wysoko ponad okoliczne pola truskawek i opuncji. Do miasta dostęp możliwy jest z dwóch stron: południowej – głównej i zachodniej – pobocznej. Wybraliśmy Bramę Główną i po chwili cofnęliśmy się kilka wieków w czasie do lat świetności zakonu Maltańskiego.

Mdina zachwyca. Jest tłoczno jednak dość cicho, a ruch samochodowy został ściśle ograniczony do kilku pojazdów należących do mieszkańców miasta. O bruk stukają podkute konie i gdzie nie gdzie tylko słychać westchnienia zauroczonych turystów. O zachowanie ciszy proszą nas znaki wiszące na rogach budynków. Wszystkie budowle w miasteczku stworzono z użyciem miejscowego, beżowego kamienia. Warta uwagi jest szczególnie Katedra (wstęp 10 euro razem ze skarbcem). Unikalna wydała nam się czerwono-purpurowa draperia zawieszona między łukami naw bocznych. Piękna jest również podłoga ułożona z płyt wotywnych lub nagrobnych. Gdy zaś unieśliśmy oczy ku niebu zachwyciły nas wielkie, iluzoryczne malunki pokrywające sufit. Jednym słowem – warto!

Wąskie uliczki miasteczka dawały wytchnienie w ten upalny dzień. Słońce prażyło jednak na punktach widokowych i na placach. Chcąc się nieco schłodzić usiedliśmy w piwnicy restauracji Don Mesquita przy skwerze tegoż imienia. Mesquita oznacza meczet, którego próżno byłoby szukać w mieście. Nazwa placu wywodzi się bowiem nie od świątyni a nazwiska znamienitego rodu, posiadającego dom w tej części miasta. Z restauracyjnego menu wybraliśmy talerz maltańskich przysmaków. Były nimi białe kiełbaski, kozi ser, kapary i suszone pomidory, nadziewane oliwki oraz dwie pasty (z papryki i soczewicy). Do tego podano nam koszyk wyśmienitego pieczywa. Łukasz zamówił sobie również kawę po maltańsku z dodatkiem likieru anyżowego. Wychodząc poprosiliśmy jeszcze lokalny specjał – świeżo wyciśnięty sok arbuzowy. Po opuszczeniu miasta skierowaliśmy się w stronę klifów Dingli, przejeżdżając przez usytuowany u stóp Mdiny Rabat.

Gdzie ten szczyt?

Po 15 minutach jazdy od Rabatu dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego na klifach Dingli. Urwiska nie są niczym zabezpieczone, a brak organizacji przestrzeni sprawił, że turyści sami wydeptali ścieżki wzdłuż krawędzi klifów. W rejon ten dojeżdża jeden z autobusów podmiejskich, dzięki czemu miejsce jest stosunkowo popularne. W pobliżu stoi charakterystyczny radar il Ballun oraz stacja nadajnikowa. Nigdzie nie ma jednak tabliczki, znaku czy jakiegokolwiek innego świadectwa, że znajdujemy się na lub w pobliżu najwyższego punktu Malty. Kawałek dalej na kolejnym występie skalnym wznosi się kaplica św. Marii Magdaleny, w cieniu której odpoczywała grupka turystów. Z obwoźnego straganu młody chłopak zachęcał nas do kupna miejscowych specjałów, a poza tym było cicho, pusto i głucho. Z rosnącego wokół kopru przygotowałem kij pod flagę Hemmersbacha i uzbrojeni w tą małą banderę zrobiliśmy sobie zdjęcie w najładniejszym punkcie klifów.

Przy poszukiwaniach najwyższego punktu Malty posiłkowaliśmy się dwiema mapami, które w innych miejscach wyznaczały jego położenie. Jedna sugerowała, że najwyższy punkt znajduje się przy stacji przekaźnikowej (Maps.Me), obok zrujnowanego gospodarstwa, w odległości 50 metrów od szosy. Druga (Google Maps) wskazywała punkt w pobliżu odkrywkowej kopalni wapienia dwa kilometry dalej na południowy wschód. Obeszliśmy oba, nie są one zbyt ciekawe. Koło gospodarstwa jest sterta żelastwa a wzgórze przy kopalni wygląda jakby było częściowo usypane (wystają z niego betonowo-metalowe zbrojenia). Niemniej jednak wejść trzeba było. Obok drugiego punktu na klifach znajduje się ciekawa prehistoryczna osada otoczona z trzech stron urwiskami. Spotkaliśmy tutaj parę turystów ze Szwecji poruszających się samochodem. Ponieważ maltańskie drogi są wąskie i kręte, Łukasz ułatwił im wyjazd wstrzymując częściowo ruch z prawej strony. My zaś skierowaliśmy się na skuterze w kierunku St. Julien, aby przebrać się przed wieczornym spotkaniem w Valletcie.

Valletta: miasto-muzeum pod gołym niebem

Do Valletty dostaliśmy się promem z przystani w Sliemie. Koszt podróży ok. 12 zł w obie strony. Przed spotkaniem z Johnem (Łukasza znajomy z Opery Software) obeszliśmy sobie Starówkę. Pierwszym co rzuca się w oczy są pięknie zabudowane balkoniki, wystające na oko 50-80 cm ze ścian zabytkowych kamienic. Chociaż są one charakterystyczne dla całej Malty tutaj odznaczają się w szczególny sposób, ze względu na wysokość budynków (ilość balkonów w pionie) i mnogość kolorów. Przyjęliśmy azymut na kopułę kościoła Matki Boskiej z Góry Karmel, po drodze zahaczając o kościół św. Augustyna (piękne, barkowe wnętrze). Idąc wzdłuż ulicy uwagę przykuwają zwłaszcza metalowe klamki drzwi o bajecznych kształtach. W kościele Matki Boskiej z Góry Karmel miała się właśnie rozpocząć Msza Św., weszliśmy więc tylko na chwilę, cyknęliśmy dosłownie jedno zdjęcie i wyszliśmy będąc pod wrażeniem ogromu kopuły.

Meandrując wśród uliczek Valletty trafiliśmy na Kościół, przed którym stał kordon policji oraz orkiestra dęta. Był to dzień Bożego Ciała a słysząc znajome dźwięki zakończenia Mszy Św. uznaliśmy, że poczekamy na rozpoczęcie procesji. Dostałem wtedy SMSa o śmierci mojej Cioci – Babci Romy. W tym momencie zabiły dzwony i zagrała orkiestra na rozpoczęcie uwielbienia. Pogrążeni w smutku przyłączyliśmy się do idących. Sama procesja była niewielka, ok. 30 osób świeckich, kilkoro dzieci sypiących kwiaty i kilkunastu duchownych. Śpiewano pieśni na melodie, które znam z polskich kościołów. Całość stanowiła kolejną atrakcję dla turystów, robiących nam zdjęcia. Nie zatrzymywaliśmy się nigdzie, nawet wtedy gdy orkiestra zagrała hymn z balkonu jednej z kamienic (musieli nas sporo wyprzedzić). Jedynie przed Katedrą odbyła się króciutka adoracji z udziałem najprawdopodobniej władz miasta lub państwa.

Po powrocie do Kościoła rozpoczął się śpiew chóru, któremu wtórowała orkiestrą smyczkową. Wszystko byłoby pięknie, gdyby trzymali się jednej tonacji, a tu chór swoje a zespół swoje. Wyszło trochę zabawnie i niestety niezbyt podniośle. W krótkim czasie po nabożeństwie ruszyliśmy na spotkanie Johna. Razem udaliśmy się do Queen Victoria City Pub. Urządzony w stylu brytyjskim lokal przyciągał uwagę już z zewnątrz. W środku panował półmrok i atmosfera ogólnej wesołości. John opowiedział nam o życiu na wyspie, przyjemnym klimacie, niedrogim mieszkaniu (o sporej powierzchni) i o swojej historii Amerykanina, który po spędzeniu kilku lat w Polsce za namową żony pół-Maltanki przybył na Maltę. Rozmawialiśmy do około północy, gdyż wówczas jak początkowo sądziliśmy odpływał nasz ostatni prom do Sliemy. Pożegnaliśmy się z Johnem i niespiesznie udaliśmy się do portu, gawędząc po drodze o dniu wypełnionym mnogą ilości skrajnych emocji.