Zla Kolata


Zla Kolata Czarnogora
  • Najwyższy szczyt Czarnogóry

  • 📐 Wysokość: 2534 m.n.p.m.

  • 📅 Data zdobycia: 2018-08-28

  • Pasmo górskie: Alpy Dynarskie

Zanim dotarliśmy na najwyższy szczyt Czarnogóry długo zastanawiałem się skąd wzięła się jego mało przychylna nazwa. Zla Kolata. Czyżby góra okryła się złą sławą z powodu bliżej nieokreślonych zdarzeń z przeszłości? A może określenie „Zła” jest w tym przypadku synonimem „nie ta”, „niewłaściwa”, gdyż znajdująca się w sąsiedztwie Dobra Kolata była przez długi czas uznawana za wyższą? Okazję ku temu, aby sprawdzić jak to jest z tymi Kolatami, mieliśmy podczas Moto Wakacji 2018.

Widokowa trasa SH20

Do miasteczka Plav w pobliżu Masywu Kolat dotarliśmy drogą SH20 – P9, wiodącą z Hani i Hotit w Albanii, przez Góry Przeklęte do miejscowości Murino w Czarnogórze. Droga jest niezwykle widokowa. Przy jednym z zakrętów przygotowano nawet mały parking z przeszklonymi tarasami, skąd roztacza się przepiękna panorama na głębokie doliny i pionowe ściany Alp Północnoalbańskich. Trasa została w dużej mierze sfinansowana ze środków Unii Europejskiej i po mnogiej ilości pojazdów z krajów UE wydaje się, że służy głównie ruchowi turystycznemu.

Znaleźliśmy się tutaj tuż przed zmrokiem, więc sporą część szosy pokonaliśmy nocą. Jednak księżyc mocno świecił, co nadawało temu przejazdowi pewnego uroku. W odległości około dwóch kilometrów przed przejściem granicznym krótki odcinek nie został dokończony (stan: sierpień 2018), trzeba więc przygotować się na kocie łby. Przejście otwarte jest całodobowo. Należy spodziewać się tu nieco dłuższej kontroli. Przy prawie pustej drodze przejazd zajął nam 20 min.

Dochodzi 22:00. Czego by tu się napić… może kawy?

W Plavie zatrzymaliśmy się w domu Pani Lidy (Rooms Lida). Jest to typowa dla tych terenów agroturystyka. Starsze małżeństwo posiada spory dom więc część jego pokoi udostępnia turystom. Po zameldowaniu się u naszych gospodarzy udaliśmy się do centrum miasteczka zobaczyć co dobrego zjemy o tej porze. Zastaliśmy tam ciekawy widok. Mnóstwo kawiarni a w nich mnóstwo ludzi pijących morza kawy. I cóż w tym dziwnego? Zbliżała się 22 i zamiast spoglądać na tłumy turystów jedzących regionalne specjały, napotkaliśmy jedynie grupy miejscowych, którzy piłkarskie rogrywki śledzili w barach.

Po przejściu całego miasteczka znaleźliśmy tylko jedną otwartą i zachęcającą restaurację – bar Caffe TIMM . Przypominała wyglądem włoską lodziarnie, gdzie dodatkowo serwuje się drinki. Tych nie uraczyliśmy. Alkoholu w ogóle nie można było tu nabyć. I ponoć tak w większości lokali w odległości 1km od znajdujących się w mieście meczetów. Nie wiemy czy jest to zgodne z prawdą. W restauracji przy pensjonacie Lake Views, gdzie jedliśmy drugiego i trzeciego dnia, można było zamówić wino (znajdowała się ona jednak na obrzeżach miasteczka). Małą, lecz niesympatyczną niespodzianką było to, że ludzie palili wewnątrz lokalu TIMM, przy dzieciach i w trakcie jedzenia. Nie zatrzymaliśmy się więc tam na długo i po opłaceniu należności udaliśmy się bezpośrednio do pokoju.

Drogami Albanii i Czarnogóry

Na kolejny dzień zapowiadano nisko osadzone chmury i przelotne opady. Taka też pogoda przywitała nas o poranku. Zdecydowaliśmy więc, że ten dzień poświęcimy na przejazd górskimi trasami południowo-wschodniej Czarnogóry. Łukaszowi bardzo zależało na pokonaniu trasy SH20 za dnia, skierowaliśmy się więc ponownie szosą P9 w stronę granicy z Albanią. Droga rzeczywiście jest niezwykle urokliwa. Wapienne ściany Alp Dynarskich, mnóstwo zakrętów, chaty pasterskie i kościółki w dolinach robiły niesamowite wrażenie. Po stronie albańskiej zatrzymaliśmy się w wiosce Tamarë, która podobnie jak trasa wyglądała na zbudowaną dla europejskich turystów.

Sklepy, hoteliki i ratusz w Tamarë wykonano z jednolitych kamieni, pokryto dachówką i wstawiono drewniane okna i drzwi. Na ryneczku ustawiono niewielką fontannę, wokół której grupa dzieciaków uganiała się za piłką, gubiąc co jakiś czas klapki. W kilku barach mieniły się odpustowe napisy „Open” lub „Restaurant”. Usiedliśmy na ganku jednego z nich. Wnętrza nas nie zachęciły, wystrój w niczym nie przypominał górskiego schroniska, o wiele bardziej bary z lat 90-tych. Po wypiciu kawy i wymianie zdań z Polakiem mieszkającym od 20 lat w Albanii (opowiadał, że w okolicy, a ściślej mówiąc tuż za barem, jest świetne miejsce do kąpieli w górskim strumieniu) ruszyliśmy w dalszą drogę.

Na granicy z Czarnogórą (przejście Drume) zaczęło padać. Deszcz towarzyszył nam aż do stolicy kraju – Podgoricy – gdzie czas mieliśmy jedynie na postój na stacji benzynowej. Łukasz próbował się dowiedzieć czy trasa, która wybrał, jest otwarta i przejezdna, jednak niewiele udało się nam zrozumieć z potakiwań Czarnogórców. Obrana szosa P19 prowadzi wśród malowniczych pagórków i wiosek, gdzie w przydomowych ogrodach dominuje winorośl. Przy drodze często nie ma barier ochronnych, a mijanki z autami dostawczymi (nawet na motocyklu) odbywają się przy bardzo małej prędkości. Droga jest też mocno zakurzona gdyż w pobliżu autostradę buduje chińska spółka, która co ciekawe zamiast zatrudnić miejscowych przywiozła ze sobą siłę roboczą.

Drogę P19 zamieniliśmy po 1,5h na M19, którą pokonywaliśmy w mżawce i we mgle. W końcowym jej odcinku jest piękna serpentyna i chociaż widok prócz mgły przysłoniły nam drzewa, trasę zapamiętamy na dłużej dzięki pięknemu efektowi jaki dała ta mieszanka. Do Plavu dotarliśmy krótko po zmroku. Kolację zamówiliśmy w Lake Views. Zjedliśmy miejscowe specjały – jagnięcinę oraz Sarmę (w smaku podobne do gołąbków) i sprawdziwszy pogodę (możliwe przejaśnienia) z pozytywnym nastawieniem poszliśmy spać.

Szlak we mgle

Nazajutrz rano pogoda zapowiadała się… mgliście. Ubrani w kurtki górskie i przeciw deszczówki motocyklowe z nieco chmurnymi obliczami jechaliśmy w stronę Vusanje, gdzie przy starym meczecie zaczyna się czerwony szlak na Złą Kolatę. Pierwszy szlakowskaz ujrzeliśmy przy wspomnianym meczecie, jednak droga, wciąż asfaltowa, zachęciła nas do podjęcia motocyklowej wspinaczki. W jednym miejscu musiałem zsiąść z motocykla aby Łukasz wjechał na nieco bardziej strome podejście i po 15 minutach znaleźliśmy się przy bramie zamykającej dalszy przejazd. Na drzewie przybito tu drewniany drogowskaz: „Zla Kolata 2534”.

Początek szlaku wiedzie gęstym lasem, następnie wchodzimy na drogę dla aut terenowych, którą idziemy dość długo aż do strumienia, za którym trzeba się zacząć pilnować aby nie zgubić szlaku wiodącego delikatnym wywyższeniem terenu. Po drodze strachu napędziło nam jakiś zwierzę, głośno na nas posykując. Dawno w górach tak nie biegliśmy 🙂 Dalej ścieżka meandrowała delikatnym zboczem, pokrytym trawami i niskimi krzewami. Sceneria wyjątkowo romantyczna, poranna rosa rozłożyła się na całym terenie niczym pajęczyna mieniąc się w promieniach niewidocznego Słońca.

Następnie weszliśmy w zagajnik przywodzący na myśl Stary Las z powieści Tolkiena. Mgła tylko dodała mu tajemniczości. Wkrótce dotarliśmy do polany z kamiennym murkiem, gdzie w otoczeniu krów zjedliśmy śniadanie. Na kilka sekund chmury ustąpiły a naszym oczom ukazała się rozległa dolina z chatką pasterską. Gdy jeden z byków zbliżył się niebezpiecznie blisko do Łukasza uznaliśmy, że czas na nas. Okazało się, że Łukasz leżał na najbardziej smakowitych ziołach i to dla nich byk naruszył strefę naszego komfortu.

Uważaj – dziura!

Wkrótce sceneria zmieniła się, gliniasta ścieżka ustąpiła miejsca kamieniom, pomiędzy którymi rosły gęste kępy traw. Stanowią one przysmak tutejszych krów, które długo jeszcze napotykaliśmy na naszej drodze. Zaczęły się również pierwsze trudniejsze podejścia. Skała była śliska i dość ostra. Musieliśmy się również pilnować przeskakując z jednego kamienia na drugi aby nie wpaść w ukryte dziury. W pewnym momencie ścieżka ustępuje długiemu ciągowi kamieni. Jest to chyba najciekawszy odcinek szlaku. Spomiędzy dziur w skałach wyrastały maliny, o karłowatych ale słodkich owocach. Na płaskiej polanie napotkaliśmy drugi szlakowskaz. Zla Kolata: 3,5h.

Poznaliśmy się tutaj z parą z Izraela. Wyglądali, jakby zgubili się w tych górach dawno, dawno temu. On brodacz ale taki trochę skołtuniony, ona po dojściu do nas przysiadła zmęczona już „tym wszystkich”. Informują nas o słodkich malinach w sposób sugerujący, że jest to najlepsze czy może nawet jedyne pożywienie jakie mieli w ustach od początku swojej wyprawy. Na koniec okazało się, że rzeczywiście są w podróży już wiele dni, ile dokładnie nie pamiętam (a może oni też zapomnieli?).

Z polany rozpoczyna się strome podejście w skalnym terenie. Mija nas tutaj lekko ubrana para, nie wymieniliśmy jednak nic poza „Hi” / ”Hello”. W dalszej części szlaku spotkaliśmy Niemca, który był bardziej rozmowny. Od kilku dni wędrował samotnie. Nocował, jak to sam określił, wygodnie, w okolicznych wioskach. Nigdzie się nie spieszył i widać było, że przyjemność sprawia mu przede wszystkich spacerowanie.

Niemców było zresztą na trasie wielu. Kolejną parę minęliśmy przy pierwszym śnieżnym płacie w bliskiej odległości od mroźnej jaskini, która przyprawi o dreszcze nawet najcieplej ubranych turystów. Efekt minięcia tej skalnej dziury jest niesamowity. Ciepło sierpniowego popołudnia szybko zmienia się w przenikliwy chłód. Po pozbyciu się gęsiej skórki w dalszym etapie dość długo trawersujemy zbocze mając przed sobą coraz piękniejsze widoki.

Za jaskinią w lewo

Na polanie pod Zlą Kolatą Słońce w końcu wyjrzało za chmur. Widok był przepiękny. Wapienne szczyty pięły się po horyzont, jeden wyższy od drugiego, a niska przejrzystość powietrza dodawała temu pejzażowi pewnej grozy. W tym miejscu zaczynała się Albania. Granicę przekroczyć można legalnie pod warunkiem uprzedniego zgłoszenia takiej chęci u pograniczników. Szlak na Zlą Kolatę wiedzie jednak jedynie po czarnogórskiej stronie. Wniosek był jeden. Zgubiliśmy się. Na „szczęście” na polanie było mnóstwo ludzi (Niemcy), nikt jednak nie wiedział gdzie znajduje się szlak na Złą Kolatę. Łukasz uznał, że nie ma się czym przejmować i rozłożywszy koc ułoży się wygodnie na kępach trawy. Ja rozpocząłem szukanie szlaku. Nigdzie go widać jednak nie było.

Gdy kolejna para wędrowców pojawiła się w polu widzenia, Łukasz zagadnął ich o drogę. Ci wskazali na szczyt ponad naszymi głowami. Stroma ściana u czubka zakryta chmurą. Panowie uśmiechnęli się na wieść, że planujemy tam wejść. Życząc nam powodzenia ruszyli w stronę Vusanje. W tym momencie po raz kolejny przydał się wpisany w zegarek marki Suunto ślad GPS trasy pokonanej przez innego użytkownika. Z polany zawróciliśmy 50 metrów i po prawej stronie w oddali ujrzeliśmy czerwono białą kropkę. Jest! Szlak wspinał się między skałami. Rzeczywiście oznaczenie w tym miejscu zawodzi, nie ma żadnej strzałki, która sugerowałaby, że szlak po trawersowaniu zbocza skręca ostro w lewo i wiedzie po zboczu piętrzącej się Złej Kolaty a nie jak sugeruje intuicja prowadzi na polanę.

Tutaj zaczyna się wspinaczka. Co jakiś czas używamy rąk, aby się wciągnąć lub podeprzeć. Szlak następnie sporymi zakolami wiedzie po lewej stronie (zboczem Dobrej Kolaty) i choć w większości jest to droga spacerowa z jednym, krótkim odcinkiem wspinaczki, to jednak ekspozycja staje się coraz większa. Skały są również śliskie – mokre lub pokryte błotem. Taka wędrówka trawa około 40 minut. Po tym czasie wychodzimy na przełęcz pomiędzy Kolatami.

Szybko, nim zajdzie Słońce!

Na chwilę zrobiło się słonecznie. Chwyciliśmy wszelką elektronikę i zaczęliśmy cykać na potęgę. Na wysuniętym nad przepaścią kamieniu staliśmy z 10 minut chcąc uchwycić „ten” kadr. Poniżej na dwóch odosobnionych kamieniach widać napisy: Zla i Dobra Kolata. Na Złą Kolatę kierujemy się w prawo. Z jej szczytu schodziła właśnie grupa turystów ze Stanów Zjednoczonych. Zapytaliśmy o widoki, powiedzieli, że mieli 15 sekund pięknej panoramy. My zaczęliśmy wspinaczkę już w chmurze. Podejście jest strome ale jedynie przy końcu koniecznym jest użycie rąk (kilkumetrowy kominek), choć i tego można uniknąć obchodząc skalną część. I… jest, po 5 godzinach wędrówki stanęliśmy na Złej Kolacie.

Widok – mlecznobiały horyzont. Dość wietrznie. Chmury szybko wędrowały po zboczu, mieliśmy więc nadzieję na wypogodzenie. Czekając, zjedliśmy drugie śniadanie. Co jakiś czas to tu to tam naszym oczom ukazywała się co bliższa góra, ale nie trwało to dłużej niż kilka sekund. Zaczynało się robić chłodno i Łukasz powoli myślał o zebraniu się. Ja wciąż wierzyłem, że jednak się wypogodzi. Gdy nadszedł upragniony moment szybko zrzuciliśmy kurtki i zrobiliśmy tradycyjną sesję wraz z obejściem szczytu przy włączonej kamerce GoPro. Chociaż na indywidualne fotki z szeroką panoramą nie starczyło czasu to jednak warto było poczekać. Co najważniejsze przez cały ten czas na szczycie byliśmy sami – do naszych uszu dochodził jedynie szum wiatru wspinającego sie po zboczach.

Pasterze

Przy zejściu trzeba bardzo uważać. Przez większość czasu staraliśmy się ręką zawsze opierać o wapienne ściany. W kilku miejscach trzeba było szukać obejść, gdyż skały na szlaku dość mocno pokrywało śliskie błoto. Przed zejściem warto sobie jeszcze podejść w kierunku pionowej ściany Złej Kolaty, gdzie nawet o tej porze zalegała gruba warstwa śniegu. Im niżej schodziliśmy tym piękniejszy stawał się widok na polanę u stóp najwyższego szczytu Czarnogóry. Dolinę pokrywały promienie powoli zachodzącego Słońca. W drodze powrotnej raz jeszcze wspięliśmy się na wypłaszczenie, gdzie szlak zniknął nam z oczu.

Tym razem nikogo tam nie było. W oddali zbliżał się pasterz w tradycyjnym stroju. Gdy nas minął poczuliśmy się bardzo nie na miejscu. On w gumiakach z filcem, wełnianą kurtką i z kijem w ręku swobodnie przemierzał polanę w kierunku odległego stada owiec. My zaś leżąc na macie z tworzywa sztucznego, w kurtkach z membranami, w butach z podeszwami antywstrząsowymi i batonami energetycznymi w ręku, upajaliśmy się widokami, które dla niego stanowiły miejsce pracy. Choć myślę, że jednak coś więcej. Miał w sobie taki magiczny spokój. Wstając zastanawiałem się czy kiedykolwiek wspiął się na szczyt. „A po co?”, usłyszałem jedynie w głowie i z tą myślą zanurzałem się we mgłę, która ponownie okrywała dolinę.

O tej porze (dochodziła 18) wszyscy już chyba zeszli ze szlaku, po drodze nie spotkaliśmy nikogo aż do polany z chatą pasterską. W między czasie zdążyliśmy się zgubić goniąc piękny zachód Słońca. I tym razem z pomocą przyszedł nam zapis trasy na zegarku Suunto. Przy domostwie podbiegły do nas dwa psy, szczeniaki, merdały ogonami i szczekały. To było nawet fajne dopóki nie podbiegła również ich matka. Ona już taka wesoła nie była. Na ratunek przyszedł nam mały chłopiec, który pogonił psy i pomógł nam bezpiecznie przejść przez dolinę. Chcieliśmy się nawet odwdzięczyć jednak nim uciułaliśmy kilka euro chłopak pognał do swoich owiec.

Końcowe kilometry drogi pokonywaliśmy nocą. Przydały się nam czołówki i latarki w telefonach. Miejsce gdzie nafukał na nas zwierz pokonaliśmy biegiem 😊 Przy motocyklu szybko się przebraliśmy a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy jeszcze w Gusinje aby zakupić wodę do pokoju oraz wybrać pieniądze z bankomatu aby zapłacić naszej gospodyni za pranie i śniadanie.

A na koniec o śniadaniach u Pani Lidy chciałbym właśnie wspomnieć. Gdyż były naprawdę fantastyczne! Zamówionych naleśników otrzymałem 12, a do nich domowej roboty powidła śliwkowe i dżem figowy. Do tego ser (również z gospodarstwa) i świeże pomidory. Agroturystyka pełną gębą, aż żal było wyjeżdżać. Jednakże park narodowy Durmitor i malownicza trasa kanionem rzeki Tara już nas do siebie przyzywały. W pamięci na długo zostaną nam jednak mgliste widoki czarnogórskich Alp Dynarskich i smaki miejscowych specjałów.